środa, 27 lipca 2011

Pożegnanie z Paryżem


Wrocław, 9 lipca 2011r.
Wczoraj wróciłyśmy do Polski, do Wrocławia. W zasadzie ostatni dzień jest chyba zawsze pozbawiony sensu. Wstałyśmy rano i pakowałyśmy się. Musiałyśmy do 11.00 opuścić kwaterę, a odlot z Beauvais dopiero o 17.45. Nie wiadomo jak zagospodarować ten czas?
Poszłam rano sama na zakupy. Kupiłam bagietki i owoce na drogę. Pierwszy raz musiałam liczyć sama na siebie i swoją „znajomość” angielskiego. Magdy nie było przy mnie. Została w domu i zastanawiała się jak spakować swoje kapelusze? Ale czułam się już tu pewnie. Podobało mi się, że potrafię się dogadać bez pomocy rąk. Poza tym Francuzi są przemili. Ani razu nie spotkałam się tutaj z kimś kto byłby wobec nas nieprzyjemny, poirytowany. Chciałabym, żeby zawsze wszyscy tak miło się do mnie uśmiechali jak tutaj. To przecież takie proste: być miłym dla drugiego człowieka bez żadnego powodu. Przykro mi to stwierdzić, ale moi rodacy nie mają takiej cechy. Obligatoryjnie nie są mili i raczej cieszy ich gdy mogą komuś po prostu dokopać.
Wróciłam ze sklepu i razem próbowałyśmy dopchać neseser. Niby nic wielkiego nie kupiłyśmy. Kilka flakoników perfum, wody po goleniu dla moich chłopaków, jakieś drobiazgi…mydełka, serwetki, woreczki zapachowe. Prawie wszystko od Fragonarda! Na długo zapadnie nam w pamięci zwłaszcza, że któregoś dnia ponownie postanowiłyśmy tam zajrzeć i nie potrafiłyśmy odnaleźć sklepu przy muzeum. Magda się jednak uparła i tak długo krążyła, a ja za nią z obolałymi nogami, aż znalazła. Musiała przecież dokupić perfumy! Strasznie jest uparta. Teraz to już nawet mamy mapkę z wszystkimi sklepami i oddziałami muzeum Fragonarda w Paryżu. Odnalezienie go to była dopiero połowa sukcesu. Trzeba było znaleźć jeszcze grupę, z którą można się dogadać i zakupić perfumy w określony sposób. Nie pamiętam już, za którym podejściem w końcu trafiłyśmy na polską grupę. Wiedziałyśmy już jak się dokonuje zakupu, więc Magda szybko zorganizowała osoby do wspólnego kupna.
Tak więc, jak już wspomniałam, trudno było nam upakować się do nesesera. Wszystko przez Magdy kapelusze. Kupiła aż trzy: jeden dla siebie, jeden dla męża i dla syna. Trzeba było tak je ułożyć i zabezpieczyć, żeby się nie pogniotły.
W końcu jakoś dałyśmy radę. Magda przestraszyła się, że teraz to na pewno mamy nadbagaż, ale tłumaczyłam jej że to nie jest możliwe, bo kapelusze nie ważą 10 kg. Zjadłyśmy śniadanie, pożegnałyśmy się z naszą gospodynią i udałyśmy się na stację.
Z Le Stade wyruszyłyśmy o 11.00. Na Plac Mellota dotarłyśmy dopiero o 13.00. Niestety, metro w ostatnim dniu spłatało nam znowu figla. Już myślałyśmy, że je opanowałyśmy a tu okazało się, że niestety. Szukałyśmy linii nr 9 z kierunkiem na Pont de Sevres. Tymczasem nagle znalazłyśmy się samiuteńkie w pociągu, który ujechał kawałek i zatrzymał się w tunelu. Zimny pot mnie oblał prawie! Pociąg postał chwilkę po czym zawrócił i pojechał w drugą stronę. Wysiadłyśmy czym prędzej na pierwszym przystanku. Okazało się, że to linia z kierunkiem na Olimpiades. Nie rozumiem jakim cudem? Wróciłyśmy więc do punktu wyjścia i ponownie ruszyłyśmy w poszukiwaniu naszego kierunku. W końcu udało się i dotarłyśmy do Placu Mellota. Tam znowu trochę trwało, aż odnalazłyśmy Port i kupiłyśmy bilety do Beauvais i pojechałyśmy pierwszym nadarzającym się autobusem. Na lotnisku byłyśmy dużo przed czasem, ale już spokojne, że nigdzie więcej nie pobłądzimy. Lotnisko w Beauvais jest maleńkie, mniejsze niż nasz port we Wrocławiu. Trochę się tu wynudziłyśmy tym bardziej że samolot miał opóźnienie. Najważniejsze, że w końcu jesteśmy w domu. Całe i zdrowe. Wiem, że na pewno znowu wrócę do Paryża. Zakochałam się w tym mieście i ludziach. Myślę, że następna wizyta będzie spokojniejsza. Bez zwiedzania, zaliczania wszystkich zabytków. No, może tylko ta wieża Eiffela…nie byłam nigdy na samym szczycie, a ciekawi mnie jak to jest? Ale poza Wielką Damą, mam nadzieję na spokojne włóczenie się kiedyś ulicami miasta, na wino nad brzegiem Sekwany. Może trochę malowania i rysowania, a na pewno spisywania spostrzeżeń i wrażeń. Może chcę przeżyć jakąś niezapomnianą przygodę? Chciałabym pobyć przez jakiś czas Paryżanką.

wtorek, 26 lipca 2011

Panteon i greckie jedzenie


Paryż, 7 lipca 2011r.
Ostatni dzień zwiedzania... Trudno było zdecydować co chcemy robić w tym ostatnim dniu? Zbyt wiele rzeczy, z których po prostu trzeba było zrezygnować z braku czasu.
Tak więc pojechałyśmy z rana do muzeum D’Orsay. Magdzie bardzo się podobało. Ja byłam za to lekko rozczarowana. W muzeum był remont więc część budynku była wyłączona ze zwiedzania. Nie mogłyśmy zobaczyć wszystkich obrazów. Tak bardzo chciałam pokazać siostrze „Śniadanie na trawie” E. Maneta. Nie zapomnę jak wielkie wrażenie zrobił ten obraz na mnie za pierwszym razem. Zaskoczył mnie wielkością i zaczarowaną atmosferą. Znałam go przecież z wielu reprodukcji. Omawiałam go na zajęciach z uczniami a także wtedy, gdy sama byłam uczennicą. Nigdy mnie specjalnie nie zachwycał. Ale moment, kiedy zupełnie przypadkowo znalazłam się w bezpośrednim kontakcie z nim…nie zapomnę tego uczucia. Poczułam się tak, jakbym nagle została przeniesiona w inny świat. Jakbym znalazła się sama w centrum wydarzeń. Czułam się jak jedna z postaci na obrazie (oczywiście byłam ubrana!). Byłam zdumiona w końcu własną reakcją i odczuciami, które mną zawładnęły.
Ciekawa byłam reakcji Magdy. Niestety, nie znalazłam „Śniadania na trawie”. Nie znalazłam również wielu innych obrazów: Słoneczników V. Van Gocha, większości obrazów P. Gouguina i wielu innych. Szkoda. Natomiast atmosfera panująca w D’Orsayu nie zmieniła się. Muzeum, które powstało w miejscu dawnego dworca kolejowego zachowało coś z jego atmosfery. Jakąś nutkę oczekiwania, przystanku w drodze…Spokojnie obejrzałyśmy wszystko i poszłyśmy w kierunku katedry Notre Dame przyglądając się stoiskom bukinistów. Szukałam czegoś interesującego na prezent dla mojej koleżanki lubiącej starocie, ale nic ciekawego nie znalazłam. Za to kupiłam woreczki z lawendą, na których wyszyte były różne paryskie symbole. Woreczki były przesympatyczne i niedrogie. Kupiłam kilka dla przyjaciół.
Dotarłyśmy pod katedrę z zamiarem wejścia na wieżę, zwiedzenia podziemi i wnętrza kościoła. Jednak przeraził nas tłum ludzi. Nie było sensu stać w kolejce. Weszłyśmy więc tylko do środka, obejrzałyśmy wnętrze katedry. W tym czasie odbywało się jakieś nabożeństwo. To nie jest dobry moment na zwiedzanie świątyni więc wyszłyśmy.
Kręcąc się po uliczkach dzielnicy łacińskiej natrafiłyśmy na restauracyjkę grecką. Miłym wystrojem witryny przyciągała do siebie. Właściciel na nasz widok wyszedł na próg zapraszając do środka. W końcu to ostatni dzień. A przed wejściem zapraszająco kusiło danie dnia. Dlaczego nie skorzystać? Zamówiłyśmy małe entree: dla mnie grzyby w sosie pomidorowym a dla Magdy sałatka, na danie główne: typowo grecka musaka z bakłażanami w sosie beszamelowym, a na deser owocowa sałatka. Do tego dzbanek wina dla każdej z nas. Musaka nas trochę rozczarowała. Zwłaszcza sos beszamelowy, który wcale sosu nie przypominał tylko jakąś pulpę zbitą w twardą masę, ale w sumie zjadłyśmy z apetytem cała resztę, odkładając sos beszamelowy na brzeg talerza i udałyśmy się w stronę Panteonu z nadzieją, że tam będzie nieco mniej ludzi, a widok spod kopuły może nawet ciekawszy niż z katedry?
Opłaciło się. Panteon jest niezwykle dostojny. Przestronny w środku i pełen światła. Nie znalazłam tu ani jednego zbędnego elementu. Czysta i doskonała forma architektoniczna. Magda doczytawszy w przewodniku, że budowla liczy 100 kolumn, chciała je wszystkie policzyć. Na szczęście szybko zrezygnowała. Panteon zachwycił mnie swoim dostojeństwem i prostotą. Poprzednim razem oglądałam go tylko z zewnątrz. Teraz po raz pierwszy byłam w środku i byłam zachwycona. Byłyśmy pod samą kopułą i na tarasie widokowym, z którego roztaczał się widok na panoramę Paryża. Wcale nie jestem przekonana, że z wieży Eiffela widok jest ciekawszy. Potem poszłyśmy do krypty gdzie pochowana jest M. Curie Skłodowska wśród wielu innych znakomitości.
Idąc w stronę Luwru zwiedziłyśmy mały kościółek St. Germain. Podobno ma najpiękniejsze witraże w Europie….hm…nie jestem o tym przekonana? Chciałyśmy jeszcze raz wejść do Luwru i odszukać Afrodytę, ale niestety, już był zamknięty. Za to wstąpiłyśmy do sklepu obok muzeum i kupiłyśmy sobie bluzki. Jutro wracamy do Polski, a zostały nam jeszcze pieniądze. Pamiątki dla rodziny już miałyśmy, więc coś dla siebie też będzie mile widziane.
Wracamy… szkoda, tyle jeszcze mogłybyśmy zobaczyć…a czas tak szybko minął.

sobota, 23 lipca 2011

Luwr i ciastko Coco Chanel


Paryż, 6 lipca 2011r.
Luwr…miejsce, w którym zgromadzono oszałamiającą ilość dzieł sztuki. Nie mogłam się doczekać reakcji mojej siostry gdy tu wejdzie. Niestety, przytłoczył ją tłum ludzi i chyba ogrom wszystkiego. A jeszcze kilka dni temu we Wrocławiu mówiła, że ,żaden przewodnik nie wchodzi w grę bo ona sama chce wszystko sobie tu oglądać. Nie rozumiała chyba o co mi chodzi, gdy twierdziłam, że najlepiej byłoby przykleić się do jakiejś polskiej grupy z przewodnikiem.
Postanowiłyśmy wejść do Luwru od strony metra. W przewodniku wyczytałyśmy, że ta droga jest wygodniejsza, bo nie stoi się w długiej kolejce. Stałyśmy jednak w kolejce, ale posuwała się dość szybko, choć Magda była wyraźnie poirytowana. Problem stanowiło samo znalezienie tej kolejki i wejścia do muzeum. Jak w większości muzeów, tu także strażnicy dokładnie sprawdzają i prześwietlają torby i plecki a każdy musi przejść przez bramkę. Do większości muzeów wcale nie można wnieść nawet małego plecaka. Chyba że jest to tzw. plecak-torebka, jak mój.
Czułam się mimo wszystko podekscytowana perspektywą ponownego spotkania z Nike z Samotraki i dzieł Delacroix oraz Gericaulta. Jakoś utkwiły mi najbardziej w pamięci od mojej ostatniej wizyty w Luwrze. Miałam cichą nadzieję, że tym razem uda mi się bardziej zbliżyć do Mony Lisy, która zawsze jest oblegana przez tłumy zwiedzających. Niestety, znowu miałam okazję widzieć ją tylko w kawałkach, między ramionami i głowami tłumu ludzi. To dziwne…po co ci ludzie tak ją oblegają? Przyglądałam się im. Wcale nie byli zainteresowani obrazem. Każdy wyciągał tylko możliwie jak najdalej swój aparat i usiłował zrobić zdjęcie. Bez sensu. Najczęściej to zdjęcia pstrykane na „chybił – trafił”. Wysoko podniesione aparaty, ponad głowami tłumu pstrykały wszystko, a najczęściej chyba jednak sufit. Przecież można kupić sobie dobrej jakości pocztówkę, jeśli komuś tak zależy? Postałam więc trochę z daleka przy Monie Lisie, wcześniej chłonęłam przez chwilkę wspaniałą Nike, wielką i potężną a jednocześnie tak lekką, pełną ekspresji…po czym poszłyśmy na drugie piętro. Tam było mniej tłumnie. Znalazłyśmy salę Delacroix, Gericaulta, Rubensa. Kilka obrazów Rembrandta. Magdę zafascynował najbardziej portret Chopina, pędzla Delacroix. Odnajdywałyśmy różne obrazy zupełnie przypadkowo, bawiąc się w odgadywanie tytułów tych, które znałyśmy. Starałam się opowiadać siostrze możliwie jak najwięcej, z tego co pamiętam o stylach, artystach, genezach ich powstania. Magda zdecydowanie opowiada się za malarstwem współczesnym nie dostrzegając wartości malarstwa z ubiegłych stuleci. Starałam się więc wskazywać jej związki pomiędzy nimi. Nie byłoby impresjonizmu bez wcześniejszych doświadczeń itd. Tak myślę.
Moim ulubionym miejscem w Luwrze jest dziedziniec znajdujący się na najniższym poziomie. Cały w białym marmurze, oślepiający światłem padającym z przeszklonego dachu. To tutaj odpoczywałyśmy po zwiedzeniu pierwszego i drugiego piętra. W zasadzie szkoda, że już niedługo wyjeżdżamy. Poświęciłabym najchętniej cały dzień na to, żeby tu po prostu przesiedzieć. Dobrze się tutaj myśli…
Chciałyśmy jeszcze zobaczyć Afrodytę. Niestety, nie potrafiłyśmy do niej trafić. Kręciłyśmy się w kółko, i pomimo wskazówek strażników nie umiałyśmy jej znaleźć. Szkoda, bo pamiętam, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Monumentalna, śnieżnobiała, taka gładka jak z lodu…
Byłyśmy w Luwrze 4 godziny. Czy widziałyśmy dużo? Chyba zbyt dużo. Człowiek chce zobaczyć jak najwięcej, a to błąd. Trzeba być cierpliwym. Za pierwszym razem zobaczyć tylko kilka wybranych dzieł, posiedzieć dłużej przy każdym z nich. Chodzenie od jednego obrazu do drugiego jest bezsensowne. Wychodzi się potem z zawrotem głowy i trudno sobie konkretnie wszystko poukładać. Następnym razem nie popełnię tego błędu. Fajnie byłoby tu przyjść każdego dnia choć na chwilkę…Magda mówi, że Luwr ją przytłoczył, że wszystkie dzieła były do siebie podobne? Chyba raczej nie, po prostu za dużo zobaczyła na raz. Poza tym mam wrażenie, że zafascynowana impresjonizmem porównywała inne obrazy do niego. Choć z drugiej strony…wiele przecież wspólnych cech można znaleźć pomiędzy impresjonistami a na przykład romantykami. Albo jeszcze wcześniej, malarstwo Rubensa… jego kobiety, czyż nie przypomina ich później Renoir ze swoimi aktami i miękkimi, ciepłymi portretami?
Albo Rafael Santi…nie wiem dlaczego, ale ilekroć patrzę na jego obrazy, to przypomina mi się C. Monet. Te same błękity…No i mój ulubiony romantyk Turner, którego obrazy tez tu znalazłyśmy. Podobał się Magdzie. Wydaje mi się, że im jestem starsza, tym bardziej doceniam dzieła „starych mistrzów”.
Zwiedzałyśmy dziś Luwr chodząc do niego na dwudniowa kartę wstępu do muzeów, więc wybierałyśmy te muzea, które są w pobliżu siebie. Nie chciałam jednak łączyć w tym samym dniu Luwru i D’Orsay. To wprowadziłoby mętlik. Ale pomysł zwiedzenia Oranżerii nie był chyba zły choć błędnie myślałam, że zobaczę tam obrazy zakomponowane pośród roślin, jak to w oranżerii, hahahaha. Nic bardziej mylnego. Nazwa została, bo kiedyś to była oranżeria a teraz to muzeum, tak jakby dodatkowe sale D’Orsaya. Myślałam, że po męczącym chodzeniu po Luwrze usiądę sobie na ławeczce pośród roślin i będę kontemplować nenufary Moneta w ciszy i spokoju. I choć nie było roślin, to przyznać muszę, że nenufary są fantastyczne. Nie sądziłam, że są takie wielkie! Kilkumetrowe płótna pełne barw. W zasadzie poza kilkoma pniami drzew nie ma tu innych kształtów i rozpoznawalnych form, a jednak są pełne treści. Można dokładnie opowiedzieć, co i na którym planie jest namalowane, choć jak mówię, brak rysunku, konturu czy innych oznak sztuki figuratywnej. Warto było tu wejść.
Miałyśmy jeszcze dzisiaj w planie wejść do katedry Notre Dame. Niestety, nie zdążyłyśmy.
Dałam się za to Magdzie namówić na odnalezienie cafe Angelina, gdzie Coco Chanel lubiła zachodzić na swoje ulubione ciastko ‘Mont Blanc”. Cafe znajduje się zaraz przy ogrodach Tuileries. Magda zakupiła dwa takie ciastka na wynos i postanowiłyśmy zjeść je nieco później przy kawie. Znalazłyśmy małą cafejkę przy Galerie Lafayette. Zamówiłyśmy kawę i zjadłyśmy nasze Mont Blanc. Ciastko składa się z podstawy bezowej, na której umościła się bita śmietana. Całość zamknięta jest w czaszy z masy kasztanowej. Pioruńsko słodkie! Kupiłam słoiczek kremu kasztanowego dla Vinki. Myślę, że będzie umiała zrobić takie ciastka. Osobiście zjeść…zjadłam, ale żebym się miała zachwycić? Jak na mój gust to za słodkie. Vince by smakowało, ja tam wolę jakąś sałatkę z kawałkiem dobrego mięska.
Pochodziłyśmy trochę po Rue Haussmana, Rue Lafayetta i postanowiłyśmy dziś dla odmiany wcześniej wrócić do domu żeby wypić winko, na które nam wczoraj sił zabrakło, a poza tym, chciałabym jeszcze napisać trochę o dniu wczorajszym, bo nie zdążyłam tego zrobić wczoraj.

A wczorajszy dzień był również pełen niespodzianek. Udało nam się wejść do Muzeum Marmottan i obejrzeć obrazy Moneta z niezapomnianą Impresją. Nie jest wcale przereklamowana. Cudowna impresja! Nie rozczarowałam się tym obrazem. Muzeum nie jest duże i ma przez to niezapomniany klimat i atmosferę. W spokoju, bez pośpiechu obejrzałyśmy obrazy wracając do każdego tyle razy ile chciałyśmy. To był cudowny początek dnia. Druga część była gorsza. Nie wiem dlaczego poszłyśmy połazić po Champs Ellysses? No, może Łuk Tryumfalny mogłyśmy tylko zobaczyć i darować sobie resztę. Poprzednim razem też się rozczarowałam tą najbardziej znaną ulicą Europy. Przeszłyśmy nią dla przyzwoitości trochę i uciekłyśmy.
Na szczęście wpadłyśmy na pomysł rejsu statkiem po Sekwanie. Miła wycieczka, zwłaszcza jak nogi bolą i upał przez cały dzień dawał się we znaki. Wypłynęłyśmy spod wieży. Pamiętałam, że tam jest przystań. Rejs trwał godzinę. Statek płynie aż za wyspę św. Louisa i zawraca. Wysiadłyśmy więc pod wieżą Eiffela o 21.00 z pomysłem, że może jednak wjedziemy na szczyt?
Już prawie miałyśmy się zdecydować, ale zerwał się silny wiatr i niebo zaciągnęło się chmurami.
- zaraz lunie i błysną pioruny!- powiedziała moja siostra i dodała:
- tam może być niebezpiecznie – ona jest baaardzo odpowiedzialna…
W tej sytuacji zdecydowałyśmy, że poczekamy na dole, aż wieża rozbłyśnie światełkami i wrócimy do domu. Przy okazji zobaczymy miasto prawie nocą! Zaprowadziłam Magdę w miejsce, gdzie najefektowniej widać wieżę. To w zasadzie jedyne miejsce, z którego można zrobić sobie zdjęcie z wieżą nie poobcinaną w tle. Nie pamiętam niestety, jak się nazywa, ale pokazała nam je przewodniczka poprzednim razem. Ważne, że tu trafiłam.
O 21.30 zabłysły światła na wieży, a pół godziny później zamigotała tysiącem światełek jak diamentami. Ponieważ zrobiło się już bardzo zimno i mokro czym prędzej udałyśmy się do metra. Odechciało się nam również podziwiania miasta nocą. Jakoś po ciemku nie było już tak przyjazne. Bezdomni przygotowywali się do snu w pobliżu Gare St Lazare i na stacji metra. Ktoś coś do na krzyknął… Odetchnęłam gdy wysiadłyśmy na stacji Le State i doszłyśmy do domu. Wieża nie została zdobyta.

piątek, 22 lipca 2011

Nowoczesność też jest piękna


Paryż, 4 lipca 2011r.
Dookoła mnie wieżowce tak wysokie jakich jeszcze nigdy nie widziałam. Siedzę sobie z głową zadartą wysoko pośrodku „szklanej pustyni” dzielnicy La Defense. Cudownie! La Defense to najbardziej nowoczesna, biznesowa dzielnica Paryża. Każda chyba znana firma światowej sławy ma tu swoją siedzibę, a architekci prześcigają się w swoich pomysłach. Podobno jest tu także wieżowiec architekta polskiego, ale nie udało nam się ustalić, który to? Stojące drapacze chmur są widoczne z każdej strony miasta. Wybijają się ponad wszystkie inne budowle dorównując tylko wieży Eiffela. A my z Magdą siedzimy tu, na kamiennym murku i moczymy zmęczone stopy w tafli wody, która jest wielka jak Plac Solny we Wrocławiu. Woda płytka, czysta i przyjemnie chłodna, odbija jak lustro stojące dookoła wieżowce. Wokół widać wielu innych odpoczywających turystów. To dziwne. Miejsce, w którym załatwia się pewnie wielkie interesy na skalę światową, a taki tu spokój, tyle przestrzeni. Pół dnia tu szłyśmy w skwarze. Przeszłyśmy Lasek Buloński, ogród Bagatella. Szłyśmy przez nagrzane słońcem ulice, pełne samochodów, spalin. Z przerażeniem myślałam, że jak dojdziemy do La Defense to będzie jeszcze większy ruch, zgiełk, pośpiech. Tymczasem…po przekroczeniu mostu zniknęły wszystkie samochody. Stanęłyśmy na wielkim placu wyłożonym granitowymi płytami, pośród których zostały zaprojektowane miejsca z zielenią, wodą i ławeczkami. Ludzie spokojnie przemieszczali się, siedzieli tak jak my, mocząc nogi w sadzawce lub siedzieli na ławeczkach. Wydaje się, że wszystko tu w Paryżu jest tak zaprojektowane, aby cieszyć ludzi, pozwalać im wypoczywać i korzystać z uroków miasta w różnych sytuacjach. Te skwerki, parki i nawet tutaj, w wielkiej i nowoczesnej dzielnicy biznesu nie ma hałasu. Samochody znikają gdzieś pod ziemią. Tutaj jest spokój i cisza. Wysokie, gładkie tafle ścian wieżowców odbijają błękit nieba i przepływających obłoków, kontrastują z oazami zieleni, wody i nowoczesnych rzeźb. A spina to wszystko potężny i nowoczesny w formie Łuk zwany „oknem na świat”. Stoi on w jednej linii z łukiem Tryumfalnym, i małym łukiem Carrousel stojącym na wprost Luwru. Przy ładnej pogodzie, tak jak dziś, gdy ustawić się tyłem do „Okna na świat”, widać je wszystkie daleko, daleko w linii prostej.
La Defense to „raj dla pieszych…” jak właśnie czyta mi Magda w swoim przewodniku. Ta dzielnica nazywana jest Paryskim Manchatanem.
W zasadzie to zupełnie inaczej miałyśmy spędzić ten dzień. Miało być Muzeum Marmottan z obrazami Moneta, ale niestety było zamknięte. Nie chcąc marnować niepotrzebnie czasu zerknęłyśmy w przewodnik aby sprawdzić co będzie najbliżej? No i padło na Lasek Buloński. Odnalazłyśmy tam przepiękny ogród „Bagatella”, który zafascynował nas różnorodnością roślinności, architektury i przepięknych zakątków. Z drugiej strony ogrodu widać było dzielnice La Defense, więc trasa sama się wyznaczyła.
Idąc nabrzeżem Sekwany natrafiłyśmy na szereg zacumowanych barek, w których mieszkają ludzie. Tak musiał mieszkać mój ulubiony pisarz W. Wharton. Barki były cudowne, z ogródkami, tarasami, na których stały fotele, stoliki. Dookoła zieleń i woda. Idąc nabrzeżem fotografowałyśmy barki choć było to trudne, bo właściciele poukrywali się w nich za gęstą ścianą zieleni. Tak dotarłyśmy do La Defense…
W planie jak zwykle, była jeszcze wieża Eiffela, ale jak już wcześniej wspomniałam, nie było nam dane…Nawet wina dziś nie wypiłyśmy bo ktoś zakosił z kuchni korkociąg. Poszłyśmy spać bez obiadu, kolacji i wina.

czwartek, 21 lipca 2011

Fontanna Duchampa i bolące nogi


Paryż, 3 lipca 2011r.
Ten dzień przyniósł chyba jakiś kryzys dla mojego organizmu. Cieszyłam się, że mam jednak niezła kondycje, bo wielogodzinne wędrówki wcale mnie do tej pory nie męczyły. Jednak dzisiaj, po całym dniu chodzenia bolała mnie każda cząstka mojego jestestwa. Ledwie doszłam na swoich nogach do domu. Miałam wrażenie, że stopy mam chyba wystrugane z drewna, a już na pewno nie są zależne ode mnie w tym co robią.
Pomijając jednak ten ból, to był to jednak następny udany dzień pełen wrażeń.
Zaczęłyśmy go od zwiedzania cmentarza Per Lachaise. Cmentarz jest pięknie położony na wzgórzach. Wiele o nim słyszałam. Myślałam, że jest podobny do naszych Warszawskich Powązek. Ale chyba jednak to inna atmosfera. Pomniki dosyć monotonne. W większości przypadków to raczej zwykłe grobowce. Mniej tu rzeźb cmentarnych. Ale to właśnie tutaj leży tak wielu sławnych ludzi. Głównym naszym celem było odnalezienie grobu Fryderyka Chopina. To oczywiście cel Magdy, ale ja też chętnie pochylę głowę przed jego grobem. Chciałabym też odnaleźć grób E. Delacroix. Zaopatrzyłyśmy się przy wejściu w mapkę i wyznaczyłyśmy wszystkie groby, które postanowiłyśmy odnaleźć. Na początek oczywiście Chopin. Odnalazłyśmy go dość szybko. To moim zdaniem najładniejszy grób na tym cmentarzu. Piękny pomnik otoczony wiązankami, wieńcami. Świeże kwiaty świadczą o tum, że jest często odwiedzany. Natrafiłyśmy na tłumy ludzi przy grobie J. Morissona. Znalazłyśmy groby Moliera, La Fontaina, Balzaka, Edith Piaf, Modiglianiego, i wielu innych. Po kilku godzinach chodzenia po kocich łbach pod górkę i z górki bardzo bolały mnie nogi.
Potem poszłyśmy piechotą w kierunku Katedry Notre Dame. Zamierzałyśmy dojść do Centrum Pompidou. Nie przewidziałyśmy, że to dość daleko. Doszłyśmy do Sekwany a potem wzdłuż podążałyśmy w stronę wyspy Św. Louisa. Usiadłyśmy nawet na nabrzeżu i odpoczywałyśmy trochę przyglądając się wodzie i statkom. Sekwana ma zupełnie inny kolor jak Odra. Jest zielona. Dużo w niej wodorostów. Późnym popołudniem dotarłyśmy w końcu do Centrum. Miałyśmy szczęście. Dziś pierwsza niedziela miesiąca, i w związku z tym wstęp do muzeów państwowych jest za darmo. Zaoszczędziłyśmy po 12 euro!
Prawdę mówić nie miałam największej ochoty na Centrum Pompidou, ale skoro już jesteśmy…skoro Magda chce…no to choć nogi ledwie mnie niosą to jakoś dam radę. I dobrze, Warto było. Zwiedziłyśmy Muzeum Art. Modern. Nie myślałam nawet że odnajdę tu Picassa, Braqua, Chagalla, Kandinskiego, Duchampa i wielu innych. Najbardziej ucieszyło mnie spotkanie z…Fontanną Duchampa! Tyle się o niej nagadałam uczniom przy omawianiu Dadaizmu i nagle wyrosła na wprost mnie, całkiem jak ta z podręcznika do plastyki dla klasy 8.
Przypomniały mi się czasy szkolne, zajęcia z kompozycji…Niestety, nogi w pewnym momencie całkiem odmówiły mi posłuszeństwa. Jakieś dwie sale przed końcem poddałam się. Magda poszła dalej sama, a ja usiadłam na ławeczce na dachu budynku Centrum i odpoczywałam przy sadzawce z różnymi formami przestrzennymi.
Wracałyśmy jak zwykle metrem. Dziś nie poszło nam tak sprawnie. Chyba ze cztery razy jeździłyśmy w kółko. Albo chodziłyśmy w koło po jednej trasie. Jeden bezdomny to chyba w końcu pomyślał, że ma deja vu, gdy po raz kolejny przeszłyśmy przed nim idąc za każdym razem w tą samą stronę.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Montrmartre...śladami Amelii


Paryż, 2 lipca 2011r.
Przewaga naszego wyjazdu nad zorganizowaną wycieczką jest właśnie taka, że nie ma żadnych przeszkód aby zmieniać plany, czy wręcz niczego nawet nie planować.
Prześladuje nas, jak się okaże w czasie całego naszego pobytu, jakieś „fatum wieży Eiffela”. Od pierwszego dnia pobytu nie możemy się zdecydować kiedy chcemy zdobyć tą Wielką Damę. Tym bardziej, że Magda uparła się że będzie na nią wchodziła na piechotę. Ja raczej nie mam takich zapędów. Tak więc musimy się liczyć z tym, że to przedsięwzięcie zajmie nam sporo czasu. Najpierw czeka nas długa kolejka do kasy, a potem będę musiała na górze czekać aż moja siostra się do mnie wdrapie. I nie wiadomo, czy uda nam się dostać na sam szczyt, bo z tym bywa problem.
Wstałyśmy więc rano, trochę zajęło nam czasu śniadanie, zakupy i jakoś tak już w drodze na stację zdecydowałyśmy, że chyba za późna już godzina na zdobywanie wieży. Tak więc zamiast niej wybrałyśmy dzień na Montmartrze.
Schodziłyśmy go w każdą stronę. Bez większych problemów dojechałyśmy do Placu Pigalle, i stamtąd ruszyłyśmy ku Bazylice Sacre Coeur. Fantastyczna atmosfera. Małe uliczki, przy których jest mnóstwo straganów z kolorowymi pamiątkami. Uliczni muzycy i różni dziwacy oferujący „cuda na kiju” turystom. Ogromne bogactwo ludzi, charakterów, barw, dźwięków i zapachów. Wdrapałyśmy się na wzgórze, obejrzałyśmy piękną, lśniącą białą budowlę bazyliki. Szkoda, że nie wiedziałyśmy, że można wejść wysoko pod kopułę i stamtąd oglądać rozległy widok. Podziwiałyśmy więc panoramę miasta stojącv przed bazyliką.
Błądząc wąskimi uliczkami przysłuchiwałyśmy się grajkom i innym ulicznym artystom. Obejrzałyśmy występ grupy Capoeiry, gibkość ciał młodych, wysportowanych chłopców przy dźwiękach brazylijskich rytmów capoeiry sprawiała doprawdy niesamowite wrażenie. Ta sztuka walki jest szczególnie chyba bliska Magdzie, bo Kasper swego czasu trochę ćwiczył ją. Przygody z jego piętą chyba jednak nigdy nie zapomnimy. Trafiłyśmy w końcu na Place Du Tertre. Różności tam były! Od skończonych, kiczowatych obrazków po prawdziwie ujmujące przykłady malarstwa ulicznego. Sklepiki z pamiątkami, małe galerie sztuki, w których znalazłyśmy nawet Picassa czy Dalkego i nieodzowne kafejki. Oglądałyśmy wszystko co się dało nagabywane przez ulicznych portrecistów kuszących portretem czy to w ołówku, czy to w oleju…
Zmęczone, wśród tego zgiełku, tłumu turystów nagle znalazłyśmy się w wąskiej, cichej uliczce przy której znalazłyśmy ukrytą małą restauracyjkę. Postanowiłyśmy zjeść tu obiad. Obsługiwał nas młody kelner o urodzie południowca. Był w wieku naszych dzieciaków. Miło uśmiechałyśmy się do niego, co musiało go chyba ośmielić, bo podszedł do naszego stolika i próbował z nami rozmawiać. Nauczyłyśmy go kilku słów po polsku. Śmiałam się, że chyba wziął nas za starsze panie poszukujące wrażeń z młodymi chłopcami, hahahaha. Mojej siostrze chyba nigdy do głowy by nie przyszło takie podejrzenie. W każdym razie podano nam danie dnia, czyli udko z kurczaka wspaniale doprawione ziołami, frytki i sałatę. Zamówiłyśmy do tego po lampce wina. Kelner spytał, czy podać nam wodę. Nauczone doświadczeniem, że woda i bagietki są w zasadzie za darmo, poprosiłyśmy o nią. I tu okazało się, że za wodę trzeba było zapłacić. Teraz już wiemy, że gdy kelner pyta czy podać wodę, to jest to woda kapslowana, płatna. Jeśli woda jest gratisowa, wówczas sam ją przynosi najczęściej w karafce. Odpoczęłyśmy tak jak poprzednio przy posiłku, rozmawiając wesoło a potem poszłyśmy na dalszą włóczęgę po Montmartrze. Odszukałyśmy wiatraki Renoira i najstarszą uliczkę na Montmartrze: la Rustic. Przy obiedzie trochę wypytałyśmy naszego kelnera o różne ciekawe miejsca i kierując się jego wskazówkami trafiłyśmy na Rue Lepic, bardzo dziwną, krętą i długą uliczkę, przy której znalazłyśmy dom w którym mieszkał Vincent van Gogh. Szukałyśmy też domu filmowej Amelii: warzywniaka, w którym robiła zakupy i restauracji, w której pracowała. Nie znalazłyśmy tylko warzywniaka. Kierując się na Place Blanche, do Moule Rouge udało nam się spotkać demonstrujących czarnoskórych. Szli z transparentami eskortowani przez Policję. Francuzi ponoć strajkują co chwilkę. Nie wiem o co chodziło, ale demonstracja dotyczyła chyba protestów przeciw warunkom pracy? Demonstranci szli całymi rodzinami, kobiety, mężczyźni i dzieci w wózkach. Większość w kolorowych strojach afrykańskich.
Na koniec dnia dotarłyśmy na skwer Des Batignolles i do Parcu Monseau, gdzie wśród Paryżan postanowiłyśmy wypocząć. Takich zielonych skwerków odnalazłyśmy w Paryżu całe mnóstwo. W tym wielkim, zatłoczonym mieście, Paryżanie potrafili wygospodarować miejsca pełnie zieleni, ciszy, gdzie chętnie wypoczywają ze swoimi rodzinami siedząc na trawnikach i biesiadując. Nikogo tu nie dziwi opalający się roznegliżowany człowiek w samym środku miasta. Czy cała rodzina spożywająca posiłek zakrapiany winem siedząc na rozłożonym kocu na trawie. Natomiast zauważyłam, ze jest tu mało psów. Najczęściej widziałam je w towarzystwie bezdomnych czy żebrzących. I przyznam, że irytowało mnie to, że wykorzystują zwierzęta aby wzbudzić litość. Poruszyła mnie któregoś dnia malutka suczka, leżąca bezpośrednio na chodniku pośród przechodzących ludzi i szczenięta ledwie 4 tygodniowe, które suczka karmiła. Właściciel zasłaniał jej dłonią oczy, żeby się nie stresowała. Byłam tym widokiem szczerze zbulwersowana. Siedziałyśmy więc na trawie i obserwowałyśmy życie codzienne Paryżan nabierając sił na powrót do domu, bo dzień dobiegał już końca.

sobota, 16 lipca 2011

Zaczarowany plac de Contrescarpe


Paryż, 1 lipca 2011r.
Dziś czas leniwie spaceruje sobie razem z nami. Dopiero o 11.00 wylądowałyśmy na Gare St. Lazare. Przecież nigdzie nam się nie spieszy. Za to jesteśmy bardzo dumne, bo bezbłędnie poradziłyśmy sobie dziś w metrze. Chyba zrozumiałyśmy zasadę poruszania się po nim. Trzeba bardzo uważać, żeby nie pomylić kierunków wybranej linii. Udało nam się bezbłędnie i w rekordowym czasie dojechać do Bastylii.
Postanowiłyśmy dziś zwiedzić ogród botaniczny i Dzielnicę Łacińską. Spokojnie, bez pospiechu żadnego. Tak, żeby można było wczuć się w atmosferę dawnego Paryża, jeśli to możliwe. Ale myślę, że dzielnica łacińska zawsze będzie jakby nie z tej epoki…
Nie wiem, czy ogród botaniczny zachwycił mnie? Raczej nie. Może jednak drzewo mimozy? Kwitnącej kwiatami niczym puch…Myślę, że nasz, wrocławski ogród jest ciekawszy, a może niezbyt dokładnie go obeszłyśmy? W każdym razie nie zabawiłyśmy w nim za długo. Wyszłyśmy wprost na meczet przy Rue Daubenton. Poszłyśmy dalej, schodząc w dół i Magda według mapy, a ja na mój instynkt podążałyśmy w kierunku Dzielnicy łacińskiej. Szłyśmy tak powoli, rozmawiając ze sobą, gdy w pewnym momencie znalazłyśmy się na środku małego, ślicznego placyku. Plac de Contrescarpe. Prawie okrągły, z małymi kamieniczkami, kolorowymi i zapraszającymi wokół kawiarenkami. Stoliki ciasno poustawiane jeden przy drugim prawie wychodziły na ulice. Na środku placu fontanna, drzewa, płotek. Wszystko maleńkie, jak z bajki. Ponieważ dochodziła godzina 14.00 więc postanowiłyśmy zjeść małe co nie co w jednej z restauracji. Wybrałyśmy tę o nazwie placu, de Contrescarpe. Atmosferę Paryża tworzą właśnie te małe restauracyjki ze stolikami wychodzącymi do samej ulicy. Lokale wewnątrz są zupełnie puste, a ludzie siadają na zewnątrz, rozmawiają ze sobą, jedzą, piją wino i przyglądają się ruchowi ulicznemu. Nikt się tu chyba nie spieszy, nikt się nie denerwuje, że kelner zbyt długo nie podchodzi. Ledwie usiadłyśmy gdy podszedł do nas przemiły kelner. Przyjął zamówienie od Magdy. Jakoś tak się ułożyło, że to ona zwykle zamawiała ćwicząc swój francuski. Zjadłyśmy po sałatce cesarskiej, do tego woda i jak zwykle, bagietki. Francuzi jedzą je do wszystkiego. Potem wypiłyśmy kawę, W sumie wydałyśmy 33 euro licząc z napiwkiem i siedziałyśmy przy tym posiłku ze dwie godziny. Nikomu to nie przeszkadzało, że zajmujemy zbyt długo stolik. Kelner miło się uśmiechał, a my przyglądałyśmy się ludziom, pstrykałyśmy zdjęcia.
Miło było też później pospacerować po okolicznych uliczkach, pełnych małych, kolorowych butików. Magda kupiła sobie kapelusik w kwiatki i paradowała w nim przez resztę dnia.
W zasadzie nie korzystałyśmy wiele z mapy. Podążałyśmy w kierunku Panteonu i Sorbony. Zwiedziłyśmy przy Panteonie kościół św. Genowefy, patronki Paryża. Do Panteonu nie wchodziłyśmy. Zdecydowałyśmy, że obiekty, w których trzeba płacić za wejście zostawimy sobie na dni, w których zakupimy dwudniową kartę wstępu do muzeów. Okazało się potem, że był to błąd. Trzeba było zrezygnować z karty i po prostu, zwiedzać wtedy, gdy przyjdzie nam ochota. Byłoby to z pewnością przyjemniejsze, mniej męczące i wcale nie dużo droższe. Przy Katedrze Notre Dame skorzystałyśmy z toalety, która pamiętałam z poprzedniej wycieczki. Przewodniczka opowiadała wtedy, że pracuje tam pani, która czasem krzyczy na turystów lub po prostu nie chce każdego wpuścić do środka. Trochę się bałam, ale okazało się, że w ciągu tych trzech lat zmieniła się również pani pracująca w toaletach. A może nie? Może to ta sama pani, tylko tego dnia miała po prostu dobry humor? A potem odszukałyśmy najwęższą uliczkę Paryża. U bukinistów kupiłam Vince starą książkę za jedyne 3 euro. Jakiś francuski kryminał, a może romans? Nie mogłyśmy tego uzgodnić. Ale na pewno to książka o Paryżu i miejscach, w których byłyśmy. Znalazłam tez stoiska z koszulkami z nadrukiem Tour Eiffel, o która Vinka też prosiła. Nie kupowałam jednak, może znajdę jeszcze inne?
To był bardzo miły dzień. Właśnie o czymś takim marzyłam. O takim zwyczajnym włóczeniu się po mieście, bez przewodnika, „zaliczania kolejnych zabytków”.
Wieczorem wypiłyśmy następne wino, zjadłyśmy do niego trochę śmierdzących serów z winogronami i melonem, pychota! Niczego więcej do szczęścia mi nie potrzeba…