
Paryż, 6 lipca 2011r.
Luwr…miejsce, w którym zgromadzono oszałamiającą ilość dzieł sztuki. Nie mogłam się doczekać reakcji mojej siostry gdy tu wejdzie. Niestety, przytłoczył ją tłum ludzi i chyba ogrom wszystkiego. A jeszcze kilka dni temu we Wrocławiu mówiła, że ,żaden przewodnik nie wchodzi w grę bo ona sama chce wszystko sobie tu oglądać. Nie rozumiała chyba o co mi chodzi, gdy twierdziłam, że najlepiej byłoby przykleić się do jakiejś polskiej grupy z przewodnikiem.
Postanowiłyśmy wejść do Luwru od strony metra. W przewodniku wyczytałyśmy, że ta droga jest wygodniejsza, bo nie stoi się w długiej kolejce. Stałyśmy jednak w kolejce, ale posuwała się dość szybko, choć Magda była wyraźnie poirytowana. Problem stanowiło samo znalezienie tej kolejki i wejścia do muzeum. Jak w większości muzeów, tu także strażnicy dokładnie sprawdzają i prześwietlają torby i plecki a każdy musi przejść przez bramkę. Do większości muzeów wcale nie można wnieść nawet małego plecaka. Chyba że jest to tzw. plecak-torebka, jak mój.
Czułam się mimo wszystko podekscytowana perspektywą ponownego spotkania z Nike z Samotraki i dzieł Delacroix oraz Gericaulta. Jakoś utkwiły mi najbardziej w pamięci od mojej ostatniej wizyty w Luwrze. Miałam cichą nadzieję, że tym razem uda mi się bardziej zbliżyć do Mony Lisy, która zawsze jest oblegana przez tłumy zwiedzających. Niestety, znowu miałam okazję widzieć ją tylko w kawałkach, między ramionami i głowami tłumu ludzi. To dziwne…po co ci ludzie tak ją oblegają? Przyglądałam się im. Wcale nie byli zainteresowani obrazem. Każdy wyciągał tylko możliwie jak najdalej swój aparat i usiłował zrobić zdjęcie. Bez sensu. Najczęściej to zdjęcia pstrykane na „chybił – trafił”. Wysoko podniesione aparaty, ponad głowami tłumu pstrykały wszystko, a najczęściej chyba jednak sufit. Przecież można kupić sobie dobrej jakości pocztówkę, jeśli komuś tak zależy? Postałam więc trochę z daleka przy Monie Lisie, wcześniej chłonęłam przez chwilkę wspaniałą Nike, wielką i potężną a jednocześnie tak lekką, pełną ekspresji…po czym poszłyśmy na drugie piętro. Tam było mniej tłumnie. Znalazłyśmy salę Delacroix, Gericaulta, Rubensa. Kilka obrazów Rembrandta. Magdę zafascynował najbardziej portret Chopina, pędzla Delacroix. Odnajdywałyśmy różne obrazy zupełnie przypadkowo, bawiąc się w odgadywanie tytułów tych, które znałyśmy. Starałam się opowiadać siostrze możliwie jak najwięcej, z tego co pamiętam o stylach, artystach, genezach ich powstania. Magda zdecydowanie opowiada się za malarstwem współczesnym nie dostrzegając wartości malarstwa z ubiegłych stuleci. Starałam się więc wskazywać jej związki pomiędzy nimi. Nie byłoby impresjonizmu bez wcześniejszych doświadczeń itd. Tak myślę.
Moim ulubionym miejscem w Luwrze jest dziedziniec znajdujący się na najniższym poziomie. Cały w białym marmurze, oślepiający światłem padającym z przeszklonego dachu. To tutaj odpoczywałyśmy po zwiedzeniu pierwszego i drugiego piętra. W zasadzie szkoda, że już niedługo wyjeżdżamy. Poświęciłabym najchętniej cały dzień na to, żeby tu po prostu przesiedzieć. Dobrze się tutaj myśli…
Chciałyśmy jeszcze zobaczyć Afrodytę. Niestety, nie potrafiłyśmy do niej trafić. Kręciłyśmy się w kółko, i pomimo wskazówek strażników nie umiałyśmy jej znaleźć. Szkoda, bo pamiętam, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Monumentalna, śnieżnobiała, taka gładka jak z lodu…
Byłyśmy w Luwrze 4 godziny. Czy widziałyśmy dużo? Chyba zbyt dużo. Człowiek chce zobaczyć jak najwięcej, a to błąd. Trzeba być cierpliwym. Za pierwszym razem zobaczyć tylko kilka wybranych dzieł, posiedzieć dłużej przy każdym z nich. Chodzenie od jednego obrazu do drugiego jest bezsensowne. Wychodzi się potem z zawrotem głowy i trudno sobie konkretnie wszystko poukładać. Następnym razem nie popełnię tego błędu. Fajnie byłoby tu przyjść każdego dnia choć na chwilkę…Magda mówi, że Luwr ją przytłoczył, że wszystkie dzieła były do siebie podobne? Chyba raczej nie, po prostu za dużo zobaczyła na raz. Poza tym mam wrażenie, że zafascynowana impresjonizmem porównywała inne obrazy do niego. Choć z drugiej strony…wiele przecież wspólnych cech można znaleźć pomiędzy impresjonistami a na przykład romantykami. Albo jeszcze wcześniej, malarstwo Rubensa… jego kobiety, czyż nie przypomina ich później Renoir ze swoimi aktami i miękkimi, ciepłymi portretami?
Albo Rafael Santi…nie wiem dlaczego, ale ilekroć patrzę na jego obrazy, to przypomina mi się C. Monet. Te same błękity…No i mój ulubiony romantyk Turner, którego obrazy tez tu znalazłyśmy. Podobał się Magdzie. Wydaje mi się, że im jestem starsza, tym bardziej doceniam dzieła „starych mistrzów”.
Zwiedzałyśmy dziś Luwr chodząc do niego na dwudniowa kartę wstępu do muzeów, więc wybierałyśmy te muzea, które są w pobliżu siebie. Nie chciałam jednak łączyć w tym samym dniu Luwru i D’Orsay. To wprowadziłoby mętlik. Ale pomysł zwiedzenia Oranżerii nie był chyba zły choć błędnie myślałam, że zobaczę tam obrazy zakomponowane pośród roślin, jak to w oranżerii, hahahaha. Nic bardziej mylnego. Nazwa została, bo kiedyś to była oranżeria a teraz to muzeum, tak jakby dodatkowe sale D’Orsaya. Myślałam, że po męczącym chodzeniu po Luwrze usiądę sobie na ławeczce pośród roślin i będę kontemplować nenufary Moneta w ciszy i spokoju. I choć nie było roślin, to przyznać muszę, że nenufary są fantastyczne. Nie sądziłam, że są takie wielkie! Kilkumetrowe płótna pełne barw. W zasadzie poza kilkoma pniami drzew nie ma tu innych kształtów i rozpoznawalnych form, a jednak są pełne treści. Można dokładnie opowiedzieć, co i na którym planie jest namalowane, choć jak mówię, brak rysunku, konturu czy innych oznak sztuki figuratywnej. Warto było tu wejść.
Miałyśmy jeszcze dzisiaj w planie wejść do katedry Notre Dame. Niestety, nie zdążyłyśmy.
Dałam się za to Magdzie namówić na odnalezienie cafe Angelina, gdzie Coco Chanel lubiła zachodzić na swoje ulubione ciastko ‘Mont Blanc”. Cafe znajduje się zaraz przy ogrodach Tuileries. Magda zakupiła dwa takie ciastka na wynos i postanowiłyśmy zjeść je nieco później przy kawie. Znalazłyśmy małą cafejkę przy Galerie Lafayette. Zamówiłyśmy kawę i zjadłyśmy nasze Mont Blanc. Ciastko składa się z podstawy bezowej, na której umościła się bita śmietana. Całość zamknięta jest w czaszy z masy kasztanowej. Pioruńsko słodkie! Kupiłam słoiczek kremu kasztanowego dla Vinki. Myślę, że będzie umiała zrobić takie ciastka. Osobiście zjeść…zjadłam, ale żebym się miała zachwycić? Jak na mój gust to za słodkie. Vince by smakowało, ja tam wolę jakąś sałatkę z kawałkiem dobrego mięska.
Pochodziłyśmy trochę po Rue Haussmana, Rue Lafayetta i postanowiłyśmy dziś dla odmiany wcześniej wrócić do domu żeby wypić winko, na które nam wczoraj sił zabrakło, a poza tym, chciałabym jeszcze napisać trochę o dniu wczorajszym, bo nie zdążyłam tego zrobić wczoraj.
A wczorajszy dzień był również pełen niespodzianek. Udało nam się wejść do Muzeum Marmottan i obejrzeć obrazy Moneta z niezapomnianą Impresją. Nie jest wcale przereklamowana. Cudowna impresja! Nie rozczarowałam się tym obrazem. Muzeum nie jest duże i ma przez to niezapomniany klimat i atmosferę. W spokoju, bez pośpiechu obejrzałyśmy obrazy wracając do każdego tyle razy ile chciałyśmy. To był cudowny początek dnia. Druga część była gorsza. Nie wiem dlaczego poszłyśmy połazić po Champs Ellysses? No, może Łuk Tryumfalny mogłyśmy tylko zobaczyć i darować sobie resztę. Poprzednim razem też się rozczarowałam tą najbardziej znaną ulicą Europy. Przeszłyśmy nią dla przyzwoitości trochę i uciekłyśmy.
Na szczęście wpadłyśmy na pomysł rejsu statkiem po Sekwanie. Miła wycieczka, zwłaszcza jak nogi bolą i upał przez cały dzień dawał się we znaki. Wypłynęłyśmy spod wieży. Pamiętałam, że tam jest przystań. Rejs trwał godzinę. Statek płynie aż za wyspę św. Louisa i zawraca. Wysiadłyśmy więc pod wieżą Eiffela o 21.00 z pomysłem, że może jednak wjedziemy na szczyt?
Już prawie miałyśmy się zdecydować, ale zerwał się silny wiatr i niebo zaciągnęło się chmurami.
- zaraz lunie i błysną pioruny!- powiedziała moja siostra i dodała:
- tam może być niebezpiecznie – ona jest baaardzo odpowiedzialna…
W tej sytuacji zdecydowałyśmy, że poczekamy na dole, aż wieża rozbłyśnie światełkami i wrócimy do domu. Przy okazji zobaczymy miasto prawie nocą! Zaprowadziłam Magdę w miejsce, gdzie najefektowniej widać wieżę. To w zasadzie jedyne miejsce, z którego można zrobić sobie zdjęcie z wieżą nie poobcinaną w tle. Nie pamiętam niestety, jak się nazywa, ale pokazała nam je przewodniczka poprzednim razem. Ważne, że tu trafiłam.
O 21.30 zabłysły światła na wieży, a pół godziny później zamigotała tysiącem światełek jak diamentami. Ponieważ zrobiło się już bardzo zimno i mokro czym prędzej udałyśmy się do metra. Odechciało się nam również podziwiania miasta nocą. Jakoś po ciemku nie było już tak przyjazne. Bezdomni przygotowywali się do snu w pobliżu Gare St Lazare i na stacji metra. Ktoś coś do na krzyknął… Odetchnęłam gdy wysiadłyśmy na stacji Le State i doszłyśmy do domu. Wieża nie została zdobyta.