Paryż, 1 lipca 2011r.
Dziś czas leniwie spaceruje sobie razem z nami. Dopiero o 11.00 wylądowałyśmy na Gare St. Lazare. Przecież nigdzie nam się nie spieszy. Za to jesteśmy bardzo dumne, bo bezbłędnie poradziłyśmy sobie dziś w metrze. Chyba zrozumiałyśmy zasadę poruszania się po nim. Trzeba bardzo uważać, żeby nie pomylić kierunków wybranej linii. Udało nam się bezbłędnie i w rekordowym czasie dojechać do Bastylii.
Postanowiłyśmy dziś zwiedzić ogród botaniczny i Dzielnicę Łacińską. Spokojnie, bez pospiechu żadnego. Tak, żeby można było wczuć się w atmosferę dawnego Paryża, jeśli to możliwe. Ale myślę, że dzielnica łacińska zawsze będzie jakby nie z tej epoki…
Nie wiem, czy ogród botaniczny zachwycił mnie? Raczej nie. Może jednak drzewo mimozy? Kwitnącej kwiatami niczym puch…Myślę, że nasz, wrocławski ogród jest ciekawszy, a może niezbyt dokładnie go obeszłyśmy? W każdym razie nie zabawiłyśmy w nim za długo. Wyszłyśmy wprost na meczet przy Rue Daubenton. Poszłyśmy dalej, schodząc w dół i Magda według mapy, a ja na mój instynkt podążałyśmy w kierunku Dzielnicy łacińskiej. Szłyśmy tak powoli, rozmawiając ze sobą, gdy w pewnym momencie znalazłyśmy się na środku małego, ślicznego placyku. Plac de Contrescarpe. Prawie okrągły, z małymi kamieniczkami, kolorowymi i zapraszającymi wokół kawiarenkami. Stoliki ciasno poustawiane jeden przy drugim prawie wychodziły na ulice. Na środku placu fontanna, drzewa, płotek. Wszystko maleńkie, jak z bajki. Ponieważ dochodziła godzina 14.00 więc postanowiłyśmy zjeść małe co nie co w jednej z restauracji. Wybrałyśmy tę o nazwie placu, de Contrescarpe. Atmosferę Paryża tworzą właśnie te małe restauracyjki ze stolikami wychodzącymi do samej ulicy. Lokale wewnątrz są zupełnie puste, a ludzie siadają na zewnątrz, rozmawiają ze sobą, jedzą, piją wino i przyglądają się ruchowi ulicznemu. Nikt się tu chyba nie spieszy, nikt się nie denerwuje, że kelner zbyt długo nie podchodzi. Ledwie usiadłyśmy gdy podszedł do nas przemiły kelner. Przyjął zamówienie od Magdy. Jakoś tak się ułożyło, że to ona zwykle zamawiała ćwicząc swój francuski. Zjadłyśmy po sałatce cesarskiej, do tego woda i jak zwykle, bagietki. Francuzi jedzą je do wszystkiego. Potem wypiłyśmy kawę, W sumie wydałyśmy 33 euro licząc z napiwkiem i siedziałyśmy przy tym posiłku ze dwie godziny. Nikomu to nie przeszkadzało, że zajmujemy zbyt długo stolik. Kelner miło się uśmiechał, a my przyglądałyśmy się ludziom, pstrykałyśmy zdjęcia.
Miło było też później pospacerować po okolicznych uliczkach, pełnych małych, kolorowych butików. Magda kupiła sobie kapelusik w kwiatki i paradowała w nim przez resztę dnia.
W zasadzie nie korzystałyśmy wiele z mapy. Podążałyśmy w kierunku Panteonu i Sorbony. Zwiedziłyśmy przy Panteonie kościół św. Genowefy, patronki Paryża. Do Panteonu nie wchodziłyśmy. Zdecydowałyśmy, że obiekty, w których trzeba płacić za wejście zostawimy sobie na dni, w których zakupimy dwudniową kartę wstępu do muzeów. Okazało się potem, że był to błąd. Trzeba było zrezygnować z karty i po prostu, zwiedzać wtedy, gdy przyjdzie nam ochota. Byłoby to z pewnością przyjemniejsze, mniej męczące i wcale nie dużo droższe. Przy Katedrze Notre Dame skorzystałyśmy z toalety, która pamiętałam z poprzedniej wycieczki. Przewodniczka opowiadała wtedy, że pracuje tam pani, która czasem krzyczy na turystów lub po prostu nie chce każdego wpuścić do środka. Trochę się bałam, ale okazało się, że w ciągu tych trzech lat zmieniła się również pani pracująca w toaletach. A może nie? Może to ta sama pani, tylko tego dnia miała po prostu dobry humor? A potem odszukałyśmy najwęższą uliczkę Paryża. U bukinistów kupiłam Vince starą książkę za jedyne 3 euro. Jakiś francuski kryminał, a może romans? Nie mogłyśmy tego uzgodnić. Ale na pewno to książka o Paryżu i miejscach, w których byłyśmy. Znalazłam tez stoiska z koszulkami z nadrukiem Tour Eiffel, o która Vinka też prosiła. Nie kupowałam jednak, może znajdę jeszcze inne?
To był bardzo miły dzień. Właśnie o czymś takim marzyłam. O takim zwyczajnym włóczeniu się po mieście, bez przewodnika, „zaliczania kolejnych zabytków”.
Wieczorem wypiłyśmy następne wino, zjadłyśmy do niego trochę śmierdzących serów z winogronami i melonem, pychota! Niczego więcej do szczęścia mi nie potrzeba…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz