Paryż, 2 lipca 2011r.
Przewaga naszego wyjazdu nad zorganizowaną wycieczką jest właśnie taka, że nie ma żadnych przeszkód aby zmieniać plany, czy wręcz niczego nawet nie planować.
Prześladuje nas, jak się okaże w czasie całego naszego pobytu, jakieś „fatum wieży Eiffela”. Od pierwszego dnia pobytu nie możemy się zdecydować kiedy chcemy zdobyć tą Wielką Damę. Tym bardziej, że Magda uparła się że będzie na nią wchodziła na piechotę. Ja raczej nie mam takich zapędów. Tak więc musimy się liczyć z tym, że to przedsięwzięcie zajmie nam sporo czasu. Najpierw czeka nas długa kolejka do kasy, a potem będę musiała na górze czekać aż moja siostra się do mnie wdrapie. I nie wiadomo, czy uda nam się dostać na sam szczyt, bo z tym bywa problem.
Wstałyśmy więc rano, trochę zajęło nam czasu śniadanie, zakupy i jakoś tak już w drodze na stację zdecydowałyśmy, że chyba za późna już godzina na zdobywanie wieży. Tak więc zamiast niej wybrałyśmy dzień na Montmartrze.
Schodziłyśmy go w każdą stronę. Bez większych problemów dojechałyśmy do Placu Pigalle, i stamtąd ruszyłyśmy ku Bazylice Sacre Coeur. Fantastyczna atmosfera. Małe uliczki, przy których jest mnóstwo straganów z kolorowymi pamiątkami. Uliczni muzycy i różni dziwacy oferujący „cuda na kiju” turystom. Ogromne bogactwo ludzi, charakterów, barw, dźwięków i zapachów. Wdrapałyśmy się na wzgórze, obejrzałyśmy piękną, lśniącą białą budowlę bazyliki. Szkoda, że nie wiedziałyśmy, że można wejść wysoko pod kopułę i stamtąd oglądać rozległy widok. Podziwiałyśmy więc panoramę miasta stojącv przed bazyliką.
Błądząc wąskimi uliczkami przysłuchiwałyśmy się grajkom i innym ulicznym artystom. Obejrzałyśmy występ grupy Capoeiry, gibkość ciał młodych, wysportowanych chłopców przy dźwiękach brazylijskich rytmów capoeiry sprawiała doprawdy niesamowite wrażenie. Ta sztuka walki jest szczególnie chyba bliska Magdzie, bo Kasper swego czasu trochę ćwiczył ją. Przygody z jego piętą chyba jednak nigdy nie zapomnimy. Trafiłyśmy w końcu na Place Du Tertre. Różności tam były! Od skończonych, kiczowatych obrazków po prawdziwie ujmujące przykłady malarstwa ulicznego. Sklepiki z pamiątkami, małe galerie sztuki, w których znalazłyśmy nawet Picassa czy Dalkego i nieodzowne kafejki. Oglądałyśmy wszystko co się dało nagabywane przez ulicznych portrecistów kuszących portretem czy to w ołówku, czy to w oleju…
Zmęczone, wśród tego zgiełku, tłumu turystów nagle znalazłyśmy się w wąskiej, cichej uliczce przy której znalazłyśmy ukrytą małą restauracyjkę. Postanowiłyśmy zjeść tu obiad. Obsługiwał nas młody kelner o urodzie południowca. Był w wieku naszych dzieciaków. Miło uśmiechałyśmy się do niego, co musiało go chyba ośmielić, bo podszedł do naszego stolika i próbował z nami rozmawiać. Nauczyłyśmy go kilku słów po polsku. Śmiałam się, że chyba wziął nas za starsze panie poszukujące wrażeń z młodymi chłopcami, hahahaha. Mojej siostrze chyba nigdy do głowy by nie przyszło takie podejrzenie. W każdym razie podano nam danie dnia, czyli udko z kurczaka wspaniale doprawione ziołami, frytki i sałatę. Zamówiłyśmy do tego po lampce wina. Kelner spytał, czy podać nam wodę. Nauczone doświadczeniem, że woda i bagietki są w zasadzie za darmo, poprosiłyśmy o nią. I tu okazało się, że za wodę trzeba było zapłacić. Teraz już wiemy, że gdy kelner pyta czy podać wodę, to jest to woda kapslowana, płatna. Jeśli woda jest gratisowa, wówczas sam ją przynosi najczęściej w karafce. Odpoczęłyśmy tak jak poprzednio przy posiłku, rozmawiając wesoło a potem poszłyśmy na dalszą włóczęgę po Montmartrze. Odszukałyśmy wiatraki Renoira i najstarszą uliczkę na Montmartrze: la Rustic. Przy obiedzie trochę wypytałyśmy naszego kelnera o różne ciekawe miejsca i kierując się jego wskazówkami trafiłyśmy na Rue Lepic, bardzo dziwną, krętą i długą uliczkę, przy której znalazłyśmy dom w którym mieszkał Vincent van Gogh. Szukałyśmy też domu filmowej Amelii: warzywniaka, w którym robiła zakupy i restauracji, w której pracowała. Nie znalazłyśmy tylko warzywniaka. Kierując się na Place Blanche, do Moule Rouge udało nam się spotkać demonstrujących czarnoskórych. Szli z transparentami eskortowani przez Policję. Francuzi ponoć strajkują co chwilkę. Nie wiem o co chodziło, ale demonstracja dotyczyła chyba protestów przeciw warunkom pracy? Demonstranci szli całymi rodzinami, kobiety, mężczyźni i dzieci w wózkach. Większość w kolorowych strojach afrykańskich.
Na koniec dnia dotarłyśmy na skwer Des Batignolles i do Parcu Monseau, gdzie wśród Paryżan postanowiłyśmy wypocząć. Takich zielonych skwerków odnalazłyśmy w Paryżu całe mnóstwo. W tym wielkim, zatłoczonym mieście, Paryżanie potrafili wygospodarować miejsca pełnie zieleni, ciszy, gdzie chętnie wypoczywają ze swoimi rodzinami siedząc na trawnikach i biesiadując. Nikogo tu nie dziwi opalający się roznegliżowany człowiek w samym środku miasta. Czy cała rodzina spożywająca posiłek zakrapiany winem siedząc na rozłożonym kocu na trawie. Natomiast zauważyłam, ze jest tu mało psów. Najczęściej widziałam je w towarzystwie bezdomnych czy żebrzących. I przyznam, że irytowało mnie to, że wykorzystują zwierzęta aby wzbudzić litość. Poruszyła mnie któregoś dnia malutka suczka, leżąca bezpośrednio na chodniku pośród przechodzących ludzi i szczenięta ledwie 4 tygodniowe, które suczka karmiła. Właściciel zasłaniał jej dłonią oczy, żeby się nie stresowała. Byłam tym widokiem szczerze zbulwersowana. Siedziałyśmy więc na trawie i obserwowałyśmy życie codzienne Paryżan nabierając sił na powrót do domu, bo dzień dobiegał już końca.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz