Paryż, 7 lipca 2011r.
Ostatni dzień zwiedzania... Trudno było zdecydować co chcemy robić w tym ostatnim dniu? Zbyt wiele rzeczy, z których po prostu trzeba było zrezygnować z braku czasu.
Tak więc pojechałyśmy z rana do muzeum D’Orsay. Magdzie bardzo się podobało. Ja byłam za to lekko rozczarowana. W muzeum był remont więc część budynku była wyłączona ze zwiedzania. Nie mogłyśmy zobaczyć wszystkich obrazów. Tak bardzo chciałam pokazać siostrze „Śniadanie na trawie” E. Maneta. Nie zapomnę jak wielkie wrażenie zrobił ten obraz na mnie za pierwszym razem. Zaskoczył mnie wielkością i zaczarowaną atmosferą. Znałam go przecież z wielu reprodukcji. Omawiałam go na zajęciach z uczniami a także wtedy, gdy sama byłam uczennicą. Nigdy mnie specjalnie nie zachwycał. Ale moment, kiedy zupełnie przypadkowo znalazłam się w bezpośrednim kontakcie z nim…nie zapomnę tego uczucia. Poczułam się tak, jakbym nagle została przeniesiona w inny świat. Jakbym znalazła się sama w centrum wydarzeń. Czułam się jak jedna z postaci na obrazie (oczywiście byłam ubrana!). Byłam zdumiona w końcu własną reakcją i odczuciami, które mną zawładnęły.
Ciekawa byłam reakcji Magdy. Niestety, nie znalazłam „Śniadania na trawie”. Nie znalazłam również wielu innych obrazów: Słoneczników V. Van Gocha, większości obrazów P. Gouguina i wielu innych. Szkoda. Natomiast atmosfera panująca w D’Orsayu nie zmieniła się. Muzeum, które powstało w miejscu dawnego dworca kolejowego zachowało coś z jego atmosfery. Jakąś nutkę oczekiwania, przystanku w drodze…Spokojnie obejrzałyśmy wszystko i poszłyśmy w kierunku katedry Notre Dame przyglądając się stoiskom bukinistów. Szukałam czegoś interesującego na prezent dla mojej koleżanki lubiącej starocie, ale nic ciekawego nie znalazłam. Za to kupiłam woreczki z lawendą, na których wyszyte były różne paryskie symbole. Woreczki były przesympatyczne i niedrogie. Kupiłam kilka dla przyjaciół.
Dotarłyśmy pod katedrę z zamiarem wejścia na wieżę, zwiedzenia podziemi i wnętrza kościoła. Jednak przeraził nas tłum ludzi. Nie było sensu stać w kolejce. Weszłyśmy więc tylko do środka, obejrzałyśmy wnętrze katedry. W tym czasie odbywało się jakieś nabożeństwo. To nie jest dobry moment na zwiedzanie świątyni więc wyszłyśmy.
Kręcąc się po uliczkach dzielnicy łacińskiej natrafiłyśmy na restauracyjkę grecką. Miłym wystrojem witryny przyciągała do siebie. Właściciel na nasz widok wyszedł na próg zapraszając do środka. W końcu to ostatni dzień. A przed wejściem zapraszająco kusiło danie dnia. Dlaczego nie skorzystać? Zamówiłyśmy małe entree: dla mnie grzyby w sosie pomidorowym a dla Magdy sałatka, na danie główne: typowo grecka musaka z bakłażanami w sosie beszamelowym, a na deser owocowa sałatka. Do tego dzbanek wina dla każdej z nas. Musaka nas trochę rozczarowała. Zwłaszcza sos beszamelowy, który wcale sosu nie przypominał tylko jakąś pulpę zbitą w twardą masę, ale w sumie zjadłyśmy z apetytem cała resztę, odkładając sos beszamelowy na brzeg talerza i udałyśmy się w stronę Panteonu z nadzieją, że tam będzie nieco mniej ludzi, a widok spod kopuły może nawet ciekawszy niż z katedry?
Opłaciło się. Panteon jest niezwykle dostojny. Przestronny w środku i pełen światła. Nie znalazłam tu ani jednego zbędnego elementu. Czysta i doskonała forma architektoniczna. Magda doczytawszy w przewodniku, że budowla liczy 100 kolumn, chciała je wszystkie policzyć. Na szczęście szybko zrezygnowała. Panteon zachwycił mnie swoim dostojeństwem i prostotą. Poprzednim razem oglądałam go tylko z zewnątrz. Teraz po raz pierwszy byłam w środku i byłam zachwycona. Byłyśmy pod samą kopułą i na tarasie widokowym, z którego roztaczał się widok na panoramę Paryża. Wcale nie jestem przekonana, że z wieży Eiffela widok jest ciekawszy. Potem poszłyśmy do krypty gdzie pochowana jest M. Curie Skłodowska wśród wielu innych znakomitości.
Idąc w stronę Luwru zwiedziłyśmy mały kościółek St. Germain. Podobno ma najpiękniejsze witraże w Europie….hm…nie jestem o tym przekonana? Chciałyśmy jeszcze raz wejść do Luwru i odszukać Afrodytę, ale niestety, już był zamknięty. Za to wstąpiłyśmy do sklepu obok muzeum i kupiłyśmy sobie bluzki. Jutro wracamy do Polski, a zostały nam jeszcze pieniądze. Pamiątki dla rodziny już miałyśmy, więc coś dla siebie też będzie mile widziane.
Wracamy… szkoda, tyle jeszcze mogłybyśmy zobaczyć…a czas tak szybko minął.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz