Paryż, 30 czerwca 2011r.
Spałyśmy pierwszą noc jak zabite. Pokoik całkiem przyjemny z dwoma ogromnymi wielkimi łóżkami. Okno wychodzi na ulicę, ale ruch uliczny nie przeszkadza. Wieczorem nasza gospodyni, Magda, objaśniła nam szczegółowo jak najlepiej poruszać się po Paryżu, jakie kupić bilety, gdzie warto pójść a jakich miejsc unikać. Cieszę się, że udało nam się znaleźć tą kwaterę. Zależało mi na tym, żeby mieszkać właśnie u polskiej rodziny. Tak, aby w razie problemów był ktoś, z kim łatwo się dogadać, kto nam rozsądnie doradzi co i jak.
Magda mieszka w Paryżu od 15 lat. Musiała być bardzo młoda jak tu się sprowadziła. Nie ma więcej jak 30 – 35 lat. Mąż – Francuz i dwoje uroczych małych dzieciaków: Śliczna mała dziewuszka o trochę dziwnym imieniu Oceanka i jej malutki braciszek Aleksander. Magda wydaje się być bardzo przedsiębiorczą osóbką. Mówi po polsku z bezbłędnym akcentem. Córeczka , choć ma nie więcej niż 4 lata, też nieźle sobie radzi z polskim językiem, choć akcent już ma bardzo francuski, zwłaszcza „r”.
Dzielnica, w której mieszkamy jest spokojna i bezpieczna. Nieco oddalona od centrum, ale łatwo się tu dostać. Wiemy już, że naszym punktem wypadowym wszelkich wycieczek będzie Gare St. Lazare. Dlatego też postanowiłyśmy, że pierwszy dzień spędzimy oswajając jego okolice.
Raniutko poszłyśmy nieopodal na zakupy do Leclerca. U naszej gospodyni Magdy, mamy do dyspozycji prosto wyposażoną kuchnię z lodówką i mikrofalą. Poszłyśmy kupić bagietki, dżem, mleko, owoce. Ponieważ sklep otwierany jest dopiero od 9.00, o czym nie wiedziałyśmy, więc wstąpiłyśmy na ranną kawę do pobliskiej Brasserie gdzie czekałyśmy na otwarcie sklepu. I tu pierwszą małą gaffe popełniłyśmy. Kupiłyśmy kawę przy kontuarze a następnie usiadłyśmy z nią przy stoliku. To błąd. Kawa zakupiona przy kontuarze powinna być także tam wypita. Jest dlatego tańsza. Jeśli chce się zamówić kawę do stolika, to trzeba usiąść przy stoliku i poczekać na kelnera. Nikt nas jednak za to nie zabił. Pani zza kontuaru miło się uśmiechała. Kawa nie była droga: 1,50 euro. Ogólnie zauważyłyśmy, ze ludzie się do siebie tu niezwykle często uśmiechają. Zrobiłyśmy zakupy i po powrocie przygotowałyśmy sobie śniadanie. Typowe francuskie: bagietka z dżemem, sok i kawa. Na drogę zapakowałyśmy po croissancie i butelce wody. A tak na marginesie, wodę można pić prosto z kranu! Pogoda zapowiadała się słoneczna.
Ruszyłyśmy na podbój Paryża. Kupiłyśmy dwa karnety po 10 biletów i pojechsałysmy. Magda z mapą w ręku i przewodnikiem. Ja starałam się raczej przywołać wspomnienia z poprzedniego pobytu w Paryżu. Niezbyt dobrze widzę z bliska a ciągłe wyciąganie okularów bardzo mnie denerwuje. Tak więc Magda skupiała się na mapie, a ja szukałam z daleka widocznych drogowskazów, bo moja siostra dla odmiany źle widzi z daleka. Jesteśmy więc jak okulary progresywne.
Najpierw udałyśmy się w kierunku kościoła Św. Magdaleny. Pamiętam, że w jego pobliżu były piękne, secesyjne toalety. Chciałam je pokazać Magdzie. Trafiłyśmy bezbłędnie do Św. Magdaleny, choć toalety niestety, były nieczynne. Potem poszłyśmy na Plac Concorde, obeszłyśmy ogrody Tiuleries dochodząc aż do Luwru. Odnalazłyśmy dom, w którym mieszkał Fryderyk Chopin. To cel mojej siostry. Odnaleźć wszystkie możliwe ślady Chopina w Paryżu. Pamiętałam te miejsca z poprzedniej wycieczki. Za to całkiem nowym odkryciem był dla mnie dom handlowy La Fajeta. Piękna galeria z kopułą u szczytu pokrytą witrażami. Secesyjne balkony na każdym piętrze. Wspaniała architektura. Dodatkowo trafiłyśmy na okres wielkiej, francuskiej wyprzedaży. Magda wyczytała w przewodniku, że taka wyprzedaż jest ogłaszana dekretem dwa razy do roku. Ciekawe, może trafi nam się jakaś okazja?
Tymczasem poczułam się bardzo głodna. Ceny trochę nas onieśmielają. Nie umiemy jeszcze pozbyć się nawyku przeliczania na złotówki. Ostatecznie znalazłam Mc Donaldsa gdzie za małe pieniądze coś zjadłyśmy. Pomimo oburzenia mojej siostry, że każę jeść jej w Paryżu u Mc Donaldsa!
Całkiem, przypadkiem natrafiłyśmy na Muzeum Fragonarda. Nie będę ukrywała, poprzednio zakupione tu perfumy są już na ukończeniu, a można je zakupić tylko u Fragonarda. Tak więc weszłyśmy, zwiedziłyśmy galopem muzeum i trafiłyśmy do sklepu z produktami Fragonarda. Panuje tu zwyczaj promocji perfum polegający na „zbiorowych zakupach”. Jeśli zbierze się do jednego opakowania 5 pojemników perfum o tej samej pojemności, to dają dość sporą obniżkę. Perfumy mają niezwykłe zapachy, są wyjątkowo trwałe i jak na ta jakość są stosunkowo tanie. Przypadkowo udało nam się trafić na inną polską amatorkę perfum i tym sposobem we trójkę skompletowałysmy całe opakowanie perfum. Ja kupiłam moje i Vinki ulubione „Belle de nuit”, Magda wybrała „Etuale” i wzięłyśmy jeszcze jedne, damsko – męskie „Diament” na prezenty dla naszych chłopaków. Wieczorem jednak zdecydowałyśmy, że trzeba będzie jeszcze tam wrócić, bo jedne perfumy na 4 facetów to jednak chyba lekko „szkocką oszczędnością" trąci.
Łaziłyśmy cały dzień ulicami Paryża oglądając wystawy sklepowe. Nie mogłyśmy wyjść z podziwu dla Paryskich kierowców i ich sztuki parkowania „na grubość lakieru”. Ruch uliczny jest tu wielki, ale też i kultura jazdy niespotykana. Szkoda, że polscy kierowcy tak nie potrafią… Tak właśnie chciałam, bez pośpiechu, bez celu, leniwie wtopić się w atmosferę tego miasta. Ciekawe uczucie. Trudno mi się z nim oswoić. Uświadomiłam sobie, że nie umiem tak po prostu być. Bez celu, bez liczenia się z czasem, bez specjalnych zadań do wykonania. To bardzo trudne, tak po prostu być, dla jednej chwili, która w zasadzie nie jest do niczego specjalnego potrzebna. Muszę się tego nauczyć. Tak bez żadnego powodu sobie trwać w czasoprzestrzeni. To dobre uczucie, bo pozwala spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy.
Wróciłyśmy do domu około 19.30. Bardzo zmęczone ale zadowolone. Wypiłyśmy całą butelkę czerwonego, wytrawnego wina. Postanowiłyśmy każdego wieczoru wypijać butelkę wina, próbując coraz to droższego. Z tym winem to też było trochę zamieszania. Nie mogłyśmy na początku poradzić sobie z korkociągiem, więc Magda wysłała mnie do męża naszej gospodyni, żeby nam otworzył, bo jakoś nie umiałyśmy. A swoją droga to ciekawe. Jestem starsza, a słuchałam się tej mojej smarkatej siostry we wszystkim.
Chciałam pokazać panu francuzowi, że sobie radzę z francuskim, więc podając butelkę, powiedziałam:
- sil vous plait, entree moi
Zamiast “sil vous plait, ouverte”. Gospodyni zaczęła się śmiać tłumacząc mi co powiedziałam. Jej mąż jednak z całą powagą otworzył mi wino i nawet się nie uśmiechnął. Prawdziwy dżentelmen.
Wypiłyśmy więc winko, obejrzałyśmy perfumy, podliczyłyśmy wydatki dnia i zaplanowałyśmy dzień następny.
Udało się też zainstalować Internet więc wysłałyśmy maile do rodziny i nie tylko…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz