Paryż, 29 czerwca 2011r.
Mój pierwszy lot samolotem….spodziewałam się że dostarczy mi ogromnych doznań. Pół życia wyobrażałam sobie jakie to jest uczucie kiedy człowiek nagle zaczyna poruszać się z nieopisaną prędkością, a potem wzbija się w powietrze. Tak… myślę jednak, że uczucia których doznawałam wielokrotnie w snach, latając nad miastem dostarczały mi większych emocji. Prędkość samolotu na starcie nie powalała wcale, uszy mi się paskudnie zatykały tylko. Magda kazała mi przełykać ślinę, bo to ponoć pomaga, ale jak to zrobić gdy w buzi sucho ze strachu? Jedyne niesamowite wspomnienie, to dostrzeżenie podczas startu wielkości kuli ziemskiej i faktu, że po raz pierwszy zauważyłam, że ona jest wielka i okrągła.
Potem było już gorzej. Wiem już czym są turbulencje, a i skrzydło za oknem ciągle mnie niepokoiło swoimi drganiami. Wiem, że ono musi być elastyczne, że pewnie ma to jakiś związek z fizyką, coś mi tam ze szkoły kołacze się w głowie, ale mimo wszystko co chwilę sprawdzałam, czy nity na skrzydle nie puszczają i samolot się nie rozpada.
Nawet nie spostrzegłam jak szybko czas minął i wylądowałyśmy we Francji w Beauvais. Bagaż nam nie zginął, czego się cały czas obawiałam, a lotnisko nie było pułapką bez wyjścia, w której mogłabym się zagubić. Wyłowiłyśmy z taśmy naszą wielką walizę i za tłumem poszłyśmy ku autokarom wiozącym ludzi do Paryża. Bez problemu zakupiłyśmy bilety, a jakaś miła pani objaśniła nam jak z Portu Mellota, do którego autokar nas dowiezie, dostać się do Colombes. Wydawało się, że wszystko jest proste a tylko strach ma wielkie oczy. Bez trudu dotarłyśmy z tym przekonaniem do metra.
Po raz pierwszy chciałam się rozpłakać gdy okazało się, że w metrze nie ma kasy z człowiekiem tylko automaty i instrukcje w obcych językach. Na szczęście nie byłyśmy same z tym problemem. Dotarłyśmy do metra w tłumie rodaków, którzy teraz podobnie jak my, stanęli przed tymi automatami i zastanawiali się jak kupić bilet? Trochę trwało nim powoli zaczęliśmy się z nimi oswajać i metodą prób i błędów niektórym podróżnym udało się nabyć bilet. Nam pomogła jakaś anglojęzyczna Azjatka. Z biletami w ręku przeszłyśmy przez bramkę i ruszyłyśmy z tłumem.
Okazało się, że nie dojedziemy bezpośrednio do wskazanej nam stacji St. Lazare. Musiałyśmy odnaleźć przystanki przesiadkowe. Z pomocą mapy, Magdy i młodej pary Polaków udało się trafić na właściwy przystanek. Najpierw żółtą linią do Pól Elizejskich a dalej niebieską do St. Lazare. Dalej wiedziałyśmy, że musimy przesiąść się na RER.
Nadjeżdżały kolejne pociągi a my nie mogłyśmy wsiąść do środka. Ludzie poupychani jak sardynki w środku wcale nie zamierzali wysiadać aby zrobić nam miejsce. Nie miałyśmy szans z tą wielką walizką. W końcu jednak udało nam się jakoś zapakować do środka. Liczyłyśmy uważnie przystanki, wiedziałyśmy, że na piątym trzeba wysiąść. Później nauczyłyśmy się korzystać z oznaczeń i informacji dla podróżnych. Dojechałyśmy do Champses-Elysees i
bez trudu odnalazłyśmy niebieską linię.
- coraz mniej naszych – powiedziała Magda rozglądając się dookoła.
Faktycznie, nikt już nie wyglądał znajomo. Zostałyśmy same pośród obcych ludzi. A różnorodność tych ludzi była ogromna! Chyba wszystkie odcienie kolorów skóry, różnorodność kultur, strojów i czego się da. Trafiłyśmy na czas powrotu do domów po całym dniu pracy. Mimo tego natłoku ludzi, nie zauważało się jednak zniecierpliwienia, agresji. Każdy cos czytał, słuchał muzyki albo rozmawiał z kimś. Widać, że to codzienna sytuacja a oni są przyzwyczajeni do długich powrotów do domu.
Wsiadłyśmy do następnego pociągu, który dowiózł nas do St. Lazare.
I tu zaczęły się schody. Dosłownie i w przenośni. Drogowskazy pokazywały nam jak iść do RERA, ale jakoś nic do siebie nie pasowało. Zjechałyśmy chyba ze trzy poziomy w dół. To niesamowite. Wszędzie schody, ruchome i zwykłe, w górę i w dół. Strzałki, kierunkowskazy i tłumy ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach. Walizka ciężka i trudno było nam się zgrać targając ją po schodach. Chyba się zgubiłyśmy. I wtedy po raz drugi chciało mi się zapłakać. Przyleciałam do Paryża szukać samej siebie, a tymczasem już na starcie się pogubiłam. Dobrze mówił Miłosz, że może najpierw do Trzebnicy lepiej pojechać bo tam przynajmniej rodzina mnie odnajdzie jak się zagubię? Cóż, mądry Polak po szkodzie. Jakoś z tego metra przecież w końcu wyjdziemy.
Postanowiłyśmy pytać ludzi o drogę. Szło to jednak opornie. Nikt nas nie rozumiał, choć wydawało mi się, że Magda dość składnie układa z pomocą słowniczka zdania. Jakoś wszyscy chcieli nas wyprowadzać na powierzchnię. Irytowało nas to, bo wiedziałyśmy, że mamy w tym metrze wsiąść do RERa, więc za każdym razem gdy nas jakiś życzliwy człowiek wyprowadzał na ulicę, to my z uporem, jak te krety ślepe i nic nie kumające, wracałyśmy pod ziemię ciągnąc za sobą tą przeklętą walizę. Aż nie chciało się wierzyć, że ona ledwie 20 kilo ważyła.
W końcu jakaś młodziutka dziewuszka zlitowała się nad nami. Widząc, że nie dogada się z nami za Chiny Ludowe w żadnym ludzkim języku, pożegnała swoją koleżankę i zaprowadziła nas na Gare St. Lazare, z którego odchodziły pociągi podmiejskie a nie żadne RERy . Tam pokazała nam peron, z którego miałyśmy dojechać do Colombes, a dokładniej do stacji Le Stade. Nie wiem jakim cudem udało jej się nam wyjaśnić, że to zupełnie inne linie niż RER i że pociąg nie zawsze odchodzi tu z tego samego peronu. Nic to, że Magda zdążyła zgubić w międzyczasie swój bilet, a zapasowego nie miałyśmy. W desperacji, było już nam wszystko jedno. Trudno, jedna z nas będzie jechała na gapę. W razie kontroli i tak nikt się z nami nie dogada. Jak się później okazało, ja też jechałam na gapę, bo bilety, które kupiłyśmy wcale nie były ważne w SNCF, tj. podmiejskich liniach kolejowych, którymi dojechałyśmy na miejsce.
Wyjaśniło się to dopiero u naszej gospodyni, Magdy. Tam tez zrozumiałyśmy dlaczego nikt nie umiał nam wytłumaczyć jak dostać się REREm do Colombes? Po prostu tu nie dojeżdża RER. A my z uporem maniaczek chciałyśmy tylko do Rera, który jedzie do Colombes.
Paryż posiada fantastyczne rozwiązania komunikacyjne. Oprócz metra, które składa się z 14 linii, z których każda oznaczona jest innym kolorem, można się tu poruszać również RER-em, to jest Roseau Express Regional, który jest ściśle powiązany z liniami metra, a także kolejami francuskimi SNCF, z których korzystałyśmy każdego dnia. Nie wspomnę o autobusach miejskich czy taksówkach.
Nasza pierwsza podróż z Beauvais do Colombes trwała dłużej niż lot z Wrocławia. Ale najważniejsze, że jesteśmy już na miejscu. Następne dni były już łatwiejsze. Jak nam się udało nie pomylić kierunków, to średnio dostanie się do centrum Paryża nie trwało dłużej niż 15 minut.
Kilka praktycznych uwag na początek:
1.W punktach informacyjnych w metrze dobrze jest poprosić o mapę. Nic to nie kosztuje a łatwiej jest poruszać się i odnajdywać właściwe połączenia. Najważniejsze to zwracać uwagę na kierunki każdej linii, czyli stacje początkowe i końcowe.
2. Bilet do metra kosztuje około 2 euro. W czerwcu bilety są tańsze, od 1 lipca płaciłyśmy nieco drożej. Najlepiej kupić karnet 10 biletów.
My kupiłyśmy taki karnet na SNCF od St. Lazare do Le Stade. Karnet kosztował 19 euro i każdy bilet uprawniał do jednego przejazdu liniami SNCF i metrem. Bilet działa w metrze tak długo, dopóki nie wyjdzie się z niego.

Czytając ten post zaczęłam się domyślać, że nocowałyście u Poli, u której także chciałabym móc nocować jeśli uda mi się udać do Paryża, a te posty bardzo mi pomogą. Chciałam teraz sobie popatrzeć na trasę, znalazłam mapę RER tylko jak na złość nie mogłam nigdzie odnaleźć Le Stade, dzięki Wam wiem już dlaczego ;)
OdpowiedzUsuńNasza gospodyni miała na imię Magdalena. Przesympatyczna osoba i miło się u niej mieszkało.
Usuń